Reklama

#HAPPYLIFE

16.10.2014

Kto jest najfajniejszy w sieci?

Kto jest najfajniejszy w sieci? Dobra fotka i już masz mnóstwo lajków!/fot. Thinkstock

Wydaje ci się, że wszyscy twoi wirtualni znajomi są piękniejsi, inteligentniejsi i bardziej modni od ciebie? Pora na poprawę własnego wizerunku. Albo na spotkanie w realu!

AA

Reklama

Gdzie jest Natalia? Facebook podpowiada mi, że właśnie weszła do restauracji Glass w Berlinie. Muszę sprawdzić, dlaczego akurat ten lokal jest teraz na topie, bo Natalia nigdy nie weszłaby do tego, który jest już niemodny. Wrzucam nazwę do wyszukiwarki. Oglądam zdjęcia i czytam recenzje na kulinarnych blogach: „Gdy tylko pojawia się nowe danie, na sali robi się cicho. Potem słychać tylko zachwyty”. „Najlepsza obsługa w Berlinie”. Wyobrażam sobie, jak Natalia razem ze swoimi przyjaciółmi z kręgów artystycznych delektuje się jedzeniem, które wygląda jak małe dzieło sztuki. I czuję, jak narasta we mnie zazdrość. Bo ja siedzę w domu i się zwyczajnie nudzę. A ona ciągle przeżywa coś niezwykłego. W dodatku na fotkach, które wrzuca na Facebooka dla zilustrowania swojego ekscytującego życia, wygląda naprawdę niesamowicie. Za każdym razem, kiedy ją widzę, myślę sobie: Wow! W sieci każdy dowolnie kreuje swój wizerunek. W mniej lub bardziej udany sposób. Fotka bez filtra i do tego taka, na której zapomniałaś zrobić dzióbek? Natychmiast do usunięcia. Twoja poza powinna robić wrażenie! Nie bez powodu „selfie” zostało w Anglii wybrane słowem roku. Zachwyceni sobą, co chwila sięgamy po smartfony. Sekunda – i zdjęcie już jest na Instagramie. Z hashtagiem w stylu: #uwielbiampićszampana#naśniadanie.
To zjawisko kreowania się na kogoś lepszego ma już nawet swoją nazwę: competitive interestingness. Czyli: rywalizacja o to, kto jest bardziej interesujący. I ma fajniejsze życie. Najostrzej gra się na Facebooku. Najpierw obróbka zdjęć, dodanie lokalizacji i można postować. Wysiłek się opłaca: po chwili masz 30 lajków.
Ja też gram w tę grę. Przyznać się, że kiedy mam kiepski dzień, nic tak nie poprawia mi humoru jak wyciskacze łez? Za nic! Lokalizację udostępniam wyłącznie wtedy, kiedy idę do kina na ambitny film. Moi wirtualni znajomi nawet nie podejrzewają, że uwielbiam tańczyć przy hitach Sylwii Grzeszczak. Dokładnie filtruję wszystkie wiadomości, którymi dzielę się z innymi. Oni mają myśleć o MNIE to, co JA chcę. Rzeczy, które nie są cool, zachowuję tylko dla siebie. Jednym słowem jestem prawdziwą mistrzynią autopromocji.   
Doskonale wiem, że tak robią wszyscy. Ale i tak nie potrafię opanować bezsensownej zawiści, kiedy czytam o ekscytujących przygodach Natalii. Jasne, ona też nie informuje całego świata, że właśnie kupiła sobie kebab. Mimo to mam wrażenie, że ona – i wszyscy inni – pędzą przez życie najnowszym Pendolino, a ja jako jedyna wlokę się pociągiem TLK. Ale ostatnio w kolejce do kasy w Lidlu przeżyłam olśnienie. Z nudów bawiłam się komórką. O, Natalia poleciała do Nowego Jorku. Zanim zdążyłam poczuć ukłucie zazdrości, zauważyłam ją przy sąsiedniej kasie. Na moje zdziwione: „Nie jesteś w Stanach?”, odpowiedziała: „A kto by nie chciał być? Miałam podły nastrój, więc postanowiłam uruchomić fantazję”. No właśnie...

Reklama

Polecane wideo

Skomentuj

Podobne tematy

Zobacz również

Reklama

Najnowsze artykuły

Reklama
Reklama
×
Zarejestruj się w Klubie VIP JOY
Wstąp do Klubu VIP i otrzymuj najnowsze informacje ze świata JOY,
zniżki na zakupy oraz zaproszenia na wyjątkowe wydarzenia!